Never trust the palest girl. Palest girls with palest hearts, nothing in return. They will bake them all for you.
They will bake their palest hearts just to watch them burn.
środa, 26 października 2011
niedziela, 23 października 2011
puch marny
jestem tylko drżeniem
gdy odpalasz porannego papierosa
i z kocią świątobliwością mrużysz oczy
nie pamiętam nic z tych lekkich, przypadkowych słów
a jednak drżę
i chociaż o to w tym wszystkich chodzi
żeby mieć czasem za kogo się modlić
zanim zatopi się twarz w miękkich piórach na schodach morfeusza
w rytm moich szeptów
powtarzam jak mantra uroczą prawdę, że...
gdy odpalasz porannego papierosa
i z kocią świątobliwością mrużysz oczy
nie pamiętam nic z tych lekkich, przypadkowych słów
a jednak drżę
i chociaż o to w tym wszystkich chodzi
żeby mieć czasem za kogo się modlić
zanim zatopi się twarz w miękkich piórach na schodach morfeusza
w rytm moich szeptów
powtarzam jak mantra uroczą prawdę, że...
czwartek, 20 października 2011
poniedziałek, 17 października 2011
dopisek do wieczoru wczorajszego
Dziwnie było płakać na balkonie tej nocy, słone łzy mieszały się z odurzającym smakiem ciężkiego tytoniu. Mówiłeś 'nie pal tyle, zbyt gruba gilza nie pasuje do Twoich smukłych palców pianistki'. Lecz co z tego? To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.
czwartek, 13 października 2011
wtorek, 11 października 2011
poniedziałek, 10 października 2011
kobaltowa sukienka, musztardowa kamizelka
Jestem Werterem. Pieprzonym Werterem w dwunastocentymetrowych szpilkach. Codziennie wykrwawiam się na śmierć, strzelając sobie w głowę nieposkromionymi myślami o Tobie.
sobota, 8 października 2011
it's a losing game
Zamykam drzwi, zdejmuję delikatnie koszulę i odkręcam wodę. Czas zmyć w końcu z siebie twoje słowa wypisane na przegubach dłoni. Trzymają się mocno, jak moje ulubione kwiatowe perfumy. Czy kiedykolwiek myślałeś o pięknie nie poprzez pryzmat pożądania?
Mokre włosy i łydki tańczą w rytm wystukiwany paznokciami po lustrze, rzęsy łączą się w pary z kroplami, a nabrzmiałe wargi ostatni raz szepczą twoje imię. Katharsis... Czy to już?
A miałam nie kłamać.
Mokre włosy i łydki tańczą w rytm wystukiwany paznokciami po lustrze, rzęsy łączą się w pary z kroplami, a nabrzmiałe wargi ostatni raz szepczą twoje imię. Katharsis... Czy to już?
A miałam nie kłamać.
piątek, 7 października 2011
akt pierwszy
-Chodźmy do teatru. - szepnął mi na ucho, gdy wszyscy wychodziliśmy z jednego z tych szarych nieciekawych bloków na Pradze. Spojrzałam w jego orzechowe oczy nieco zdziwiona, bowiem znaliśmy się dopiero od godziny, a ja dzięki mojej słabej pamięci do imion, nie wiedziałam nawet, jak się nazywa. Zanim zdążyłam wydusić z siebie jakieś słowo, kiwnął głową i dodał pospiesznie łapiąc mnie za rękę -Mówię całkiem serio.
-Zazdroszczę ci, zaproszenie do teatru to jest coś. - westchnęła D. -Nieczęsto zdarzają się tacy faceci.
Słuchałam jej wywodów pełnych zachwytu, przerywanych od czasu do czasu kłótnią odgrywającą się za ścianą. Niefortunnie zamoczyłam włosy w kawie, potargane zresztą tak, jak poprzednia noc.
Nieczęsto. To na pewno. Szkoda tylko, że zamiast teatru ostało się powiadomienie o zaproszeniu do grona znajomych na facebooku. I ona.
-Zazdroszczę ci, zaproszenie do teatru to jest coś. - westchnęła D. -Nieczęsto zdarzają się tacy faceci.
Słuchałam jej wywodów pełnych zachwytu, przerywanych od czasu do czasu kłótnią odgrywającą się za ścianą. Niefortunnie zamoczyłam włosy w kawie, potargane zresztą tak, jak poprzednia noc.
Nieczęsto. To na pewno. Szkoda tylko, że zamiast teatru ostało się powiadomienie o zaproszeniu do grona znajomych na facebooku. I ona.
środa, 5 października 2011
ps
Zimna kawa, sterty notatek i pożółkłe, pachnące starością książki. Poprawiam rąbek spódnicy, jednocześnie przegryzając wyschnięte wargi prawie do krwi. Kolejny dzień zacznie się nazbyt wcześnie i nazbyt późno się skończy, czuję to. Nie chcę.
Odkąd się przeprowadziłam, więcej się modlę i mniej jem. Składam krótkie, suche zdania. Trochę z tęsknoty, jeszcze więcej z żalu. Odsuwam od siebie prawdę, bo choć doskonale ją znam, tkam pajęczynę imaginacji. Zawsze jest jakieś westchnienie najgłupszego słowa, jakiego nauczono mnie dziewiętnaście lat temu.
Odkąd się przeprowadziłam, więcej się modlę i mniej jem. Składam krótkie, suche zdania. Trochę z tęsknoty, jeszcze więcej z żalu. Odsuwam od siebie prawdę, bo choć doskonale ją znam, tkam pajęczynę imaginacji. Zawsze jest jakieś westchnienie najgłupszego słowa, jakiego nauczono mnie dziewiętnaście lat temu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)