Zimna kawa, sterty notatek i pożółkłe, pachnące starością książki. Poprawiam rąbek spódnicy, jednocześnie przegryzając wyschnięte wargi prawie do krwi. Kolejny dzień zacznie się nazbyt wcześnie i nazbyt późno się skończy, czuję to. Nie chcę.
Odkąd się przeprowadziłam, więcej się modlę i mniej jem. Składam krótkie, suche zdania. Trochę z tęsknoty, jeszcze więcej z żalu. Odsuwam od siebie prawdę, bo choć doskonale ją znam, tkam pajęczynę imaginacji. Zawsze jest jakieś westchnienie najgłupszego słowa, jakiego nauczono mnie dziewiętnaście lat temu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz